Muzeum Historyczne w Bielsku-Białej

Jednostka kultury Samorządu Województwa Śląskiego

Kazimierz Twardowski - artysta wędrujący

Data rozpoczęcia Data zakończenia

Dotknąć Fałata

 Moje pierwsze próby malarskie sięgają czasów dzieciństwa, które spędziłem na wsi, ponieważ urodziłem się w małej wiosce o nazwie Olszanka u stóp Beskidu Sądeckiego. Wychowany w biednej, wielodzietnej rodzinie, jak każde dziecko uczestniczyłem w różnych pracach gospodarskich, a przy wypasaniu krów było więcej czasu na obserwację natury i wykonywanie pierwszych szkiców rysunkowych. Myślę, że tamte lata zaważyły na tematyce mojej późniejszej twórczości.

 W Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Tarnowie malowaliśmy akwarelami, które były tanie, w przeciwieństwie do drogich i trudno dostępnych farb olejnych. Tu pierwszy raz spotkałem się z twórczością Juliana Fałata, co było dla mnie wielkim odkryciem. Zafascynowany jego akwarelami, szperając w zakamarkach szkolnej biblioteki, dowiedziałem się o tym magicznym miejscu, czyli Bystrej, więc postanowiłem tam pojechać, aby „dotknąć Fałata” – w tamtych czasach komunikacja i przepływ informacji nie były łatwe. Dotarłem do Bystrej i zobaczyłem po raz pierwszy oryginalne obrazy mistrza. Nie pamiętam dokładnie daty, ale myślę, że mogło to być jeszcze przed oficjalnym otwarciem muzeum Juliana Fałata. Po raz drugi spotkałem się z Fałatem w Toruniu, w miejscu jego pobytu i działalności, a podczas moich studiów na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Ponownie mogłem podziwiać jego obrazy w Muzeum Okręgowym w Staromiejskim Ratuszu.

 Nigdy nie myślałem, że moje akwarele będą kiedyś eksponowane w Fałatówce w Bystrej obok dzieł mistrza – a jednak stało się to możliwe.

 

Kazimierz Twardowski

Z Kazimierzem Twardowskim rozmawia Iwona Purzycka

Iwona Purzycka: Odbieram cię jako artystę podróżnika. Powiedziałabym, że jesteś typem człowieka podróżnika, ale skupmy się na artyście. Powiedz mi, jakie miejsca na świecie, jakie kraje przede wszystkim cię przyciągają.

Kazimierz Twardowski: Zauważyłaś słusznie. Sam nie raz komuś opowiadałem, że jestem malarzem wędrującym…

IP: O właśnie, malarz wędrujący!

KT:… Moje całe malarstwo polega na inspiracji naturą, ale naturą szeroko pojętą. To nie jest tylko kopiowanie pejzażu czy jakiegoś jej fragmentu. Raczej obserwowanie nowych zjawisk, które się ciągle pojawiają. Poszukuję nowych miejsc do nowych inspiracji. Nawet to było wiele razy zaznaczane przez recenzentów, krytyków czy we wstępach do katalogów do wystaw. Pamiętam, że to zainteresowanie naturą obecne było ze mną już od młodości, od momentu, kiedy można było gdzieś wyjechać. Pochodzę z ubogiej rodziny, w której nigdy nie było tradycji podróżowania, wyjazdów, ja tego nie pamiętam. Zmieniło się to dopiero w ostatnich latach liceum i na początku studiów, kiedy miały miejsce moje pierwsze wyjazdy, wtedy na Bałkany – przez Budapeszt, Rumunię, Bułgarię. Z plecakami, z kolegami i ze wszystkimi przyborami do malowania.

IP: Czyli w domu nie było tradycji podróżniczych, bo nie mogło być z powodów ekonomicznych. Zatem to musiało tkwić gdzieś w tobie i jak tylko przyszedł moment, w którym mogłeś zacząć spełniać się w tym kierunku, to zrobiłeś to. Kiedy byłeś młody, były to czasy, w których nie wszędzie można było podróżować. Ale potem, kiedy minęły, przyszły takie, w których destynację można było już sobie wybierać. Powiedz, które to były miejsca, które kraje, bo to jest mocno widoczne w twojej twórczości.

KT: Myślę, że zaczęło się to z przypadku. Podczas prac przy polichromii w kościele w Poroninie pojawił się przy nas pewien Holender, który interesował się folklorem Podhala. Przyjechał do mojego współwykonawcy Władzia Trebuni – postać bardzo znana, wspaniały człowiek, malarz, muzyk i osoba mocno związana z folklorem, niestety już nieżyjący. Dużo rozmawialiśmy i podczas jednej z takich rozmów przyznałem się, że nigdy nie widziałem tak dużych muzeów, jakie są w Holandii czy Belgii. Ów Holender odparł, że to nie problem i że chętnie mnie zaprosi. Tak też się stało. To był mój pierwszy realny wyjazd na Zachód, na zaproszenie rodziny, która mnie ugościła i „przekazywała” innym swoim przyjaciołom, dzięki czemu zwiedziłem całą Holandię – również pod kątem muzeów. Ale przede wszystkim cały czas malując. Zawsze miałem ze sobą przybory do malowania. I stąd chyba wzięła się ta akwarela. W podróży łatwiej posługiwać się tą techniką, ponieważ „olej” potrzebuje całej procedury, musi wyschnąć, zabiera czas. Akwarela dawała mi możliwość szybkiej realizacji. Malowałem nią już dużo wcześniej, ale wtedy to się nałożyło na siebie.

IP: Często jest tak w historii sztuki, że to, jak się maluje, jakimi farbami, jest spowodowane jakąś sytuacją w życiu, co chyba wychodzi artyście na dobre, bo twoje akwarele – oczywiście wiem, że malujesz olejem – przede wszystkim cię definiują. Być może nie była to twoja świadoma decyzja, ale niejednokrotnie bywa, że młody artysta takie podejmuje. On szuka, prawda? Jeżeli odnalazłeś się w akwareli, bardzo dobrze. Ona wyciągnęła z ciebie talent. Wyciągnęła ten genialny minimalizm, który ja uwielbiam w twoich akwarelach. Wystarczą dwa, trzy pociągnięcia pędzlem i już jest pejzaż. To jest nieprawdopodobne.

KT: W moim przypadku akwarela była pierwsza jako najbardziej dostępna. Zaczynałem od farbek szkolnych, które oczywiście nie były najlepszej jakości, ale pewne wymagania spełniały – woda, pigment, papier, pędzel miękki i można powiedzieć, że to już jest akwarela…

IP: I dobremu artyście to nie przeszkadza.

KT:… Nie przeszkadza (śmiech). Nawet pytano mnie dawniej, farbami jakich firm maluję. Odpowiadałem, że nie wiem, no akwarelą. Ale teraz wybieram już firmy, o których wiem, że zapewniają trwałość i odpowiedni efekt…

IP: Oczywiście, jesteś już bardziej wymagającym twórcą.

KT: Tak. Jeśli chodzi o papier, to jeszcze w czasie studiów stałem się takim maniakiem papieru i, o ile było mnie stać, starałem się szukać najlepszego. Zawsze wybieram papier odpowiedni do efektu, który chcę osiągnąć. Po latach już wiem, że na jednym „nie zrobię” architektury, a na innym krajobrazu. Te moje rozlane przestrzenie muszą mieć po prostu inny papier. Nie chcę tutaj reklamować produktów, ale wybieram głównie francuską firmę z ponad 140-letnią tradycją. Oczywiście są jeszcze inne – wielu akwarelistów wybiera firmy niemieckie – czasem sięgam, ze względu na gramaturę, po papier angielski. Akwarele powstałe podczas tego pleneru [IV Międzynarodowy Plener Malarski im. Juliana Fałata – przyp. red.] są właśnie na tym papierze. Ale papier to nie wszystko. Prócz niego akwarelista musi mieć coś w sobie. Z własnego doświadczenia i z obserwacji wiem, że nie każdy może malować akwarelą. Znam wielu doskonałych malarzy, oleistów, którzy próbowali swoich sił w akwareli i okazało się, że nie wyszło, nie dali rady i nie kontynuują tego jako głównej techniki wyrazu. Oczywiście każdy artysta potrafi operować wszystkimi technikami, ale akwarelista musi czuć w sobie to coś.

IP: Nie bez powodu do udziału w plenerach czy wystawach w Fałatówce zapraszamy artystów, którzy rzeczywiście są akwarelistami z przekonania i trzon ich twórczości powstaje w akwareli. Ponieważ to jest specyficzna, niezwykle trudna technika. I to widać, czy artysta jest akwarelistą, czy on czasami po prostu…

KT:… używa akwareli.

IP: Tak, czy do szkiców, czy do chwilowego odejścia, czy dla artystycznego kaprysu. Natomiast inną wymowę, inną, wydaje mi się, jakość artystyczną mają akwarele artystów oddających się właśnie tej technice. Bo, jak sam powiedziałeś, na początku malowałeś zwykłymi farbami, na zwykłym papierze, ale cały czas podnosisz jakość swojej twórczości. Oczywiście, do pewnego momentu. Później są już przemyślenia, twoja twórczość idzie w różnych kierunkach, ale nie dlatego, że czegoś nie umiesz czy coś umiesz, lecz świadomie kierujesz tą twórczością.

Wracając jednak do wątku podróży. Pierwsze twoje akwarele, które zobaczyłam, to były akwarele z Norwegii. Może dlatego tak się nimi zachwyciłam, że niezależnie od jakości czy też poziomu twórczości, jest to coś, co jest mi bliskie. Bardzo lubię artystów, którym wystarczy parę pociągnięć pędzlem, żeby wyrazić to, co widzą i to co czują.

KT: Wydobyć esencję…

IP: U ciebie jest dokładnie tak. Te minimalistyczne pejzaże z Norwegii są nieprawdopodobne. W Fałatówce mamy różne wystawy, wszystkie akwarelistów. Gdyby prześledzić je po kolei, zauważyłoby się, że każdy maluje zupełnie inaczej. Twoje pejzaże norweskie, niekiedy bardzo duże formaty, co dodaje im wyrazu, są inne na tle tego, co już pokazywaliśmy w Fałatówce…

KT: Norwegia zawsze mnie interesowała od strony turystycznej, krajobrazowej, zjawiskowej, ale znałem ją wyłącznie ze zdjęć. Dawniej nie było innej możliwości. Dziś jest mnóstwo filmów przyrodniczych doskonałej jakości. Chwilami przypomina to dzieła sztuki, jakie tworzą artyści fotograficy. Filmy są świetnie zrobione, technika jest doskonała. Drony filmują miejsca, do których nikt by wcześniej nie zajrzał. W Norwegi byłem po raz pierwszy w 1997 roku…

IP: No właśnie chciałam powiedzieć, że Norwegia to nie jest przypadek. Podróżujesz tam już od 30 lat. To jest twoja druga ojczyzna artystyczna.

KT: Miałem taki moment w życiu, że zastanawiałem się, czy się tam nie przenieść, ale wtedy było to zbyt skomplikowane również ekonomicznie – to jest bardzo drogi kraj. Być może gdybym trafił tam o wiele wcześniej…

IP: Ale ty masz w ogóle posturę Wikinga…

KT: Sam się nad tym zastanawiam (śmiech), coś w tym jest… Urodziłem się w górach, w tym miejscu, w Beskidach. I kiedy pierwszy raz znalazłem się w Norwegii na połączeniu morza z lądem, poczułem się jakbym stamtąd pochodził. I odtąd zawsze ciągnie mnie nad morze, mimo że nad naszym morzem w ogóle nie bywałem jako dziecko. Dopiero podczas studiów w Toruniu, ponieważ stamtąd było bliżej, kilka razy wyjechałem nad Bałtyk, ale to bardziej na plener niż wczasy. Norwegia wypełniła mi pustkę i ten brak jakiś. Po raz pierwszy wyjeżdżałem do Norwegii na zaproszenie mojego kolegi, przebywającego tam na emigracji. Był to kontakt odnowiony po latach, ponieważ kolega był „solidarnościowym” emigrantem i choć ja do niego pisałem, to jego listy nigdy do mnie nie docierały. Skontaktowaliśmy się skutecznie dopiero po przemianach ustrojowych w Polsce. Mieliśmy przedstawić dwie połączone, małe wystawy. To był listopad. Zobaczyłem południe Norwegii w okolicach Oslo – ciemno, mgliście, dżdżyście, ponuro. W ogóle nie było to moje dotychczasowe wyobrażenie tego kraju. Mało tego, wystawa okazała się kompletnym niewypałem, prawie nikt na nią nie przyszedł, zaledwie garstka Polaków z norweskiej polonii. Później zrozumiałem, że tam nie robi się wystaw o tej porze roku…

IP: Ich funkcjonowanie bardzo jest uzależnione od przyrody i pór roku.

KT: Wystawa tak sobie stała pusta, a my czekaliśmy w domu mojego kolegi trzy tygodnie, żeby ją stamtąd wreszcie zabrać, ponieważ wcześniejszy jej demontaż wiązał się z dodatkowymi kosztami. Dodam, że pojechaliśmy tam własnym samochodem. W tym czasie, w miejscowości Lillestrøm, niedaleko Oslo, prezentowana była wystawa norweskiego akwarelisty, na którą zawiozła mnie żona kolegi. Na miejscu potężna willa, ogień w kominku, akwarele w ogromnych formatach, nigdy wcześniej takich nie widziałem. Przyglądałem się im z taką mocą, że zwróciłem uwagę właściciela galerii. Podszedł do mnie i zapytał, co mnie tak zainteresowało. Odpowiedziałem, że sam jestem malarzem i mam wystawę akwareli niedaleko. Pokazałem mu też katalog do tej wystawy, który był tak źle zrobiony, że dzisiaj bym się go wstydził. Niemniej właściciel galerii zaproponował, żebym przywiózł mu jakieś moje prace z tej wystawy. On je sobie obejrzy, wystawi i może coś sprzeda. Tak też się stało. Wróciliśmy do Polski, a na Boże Narodzenie dostałem wiadomość, że sprzedał jedną moją akwarelę za 1000 dolarów. Niewyobrażalna kwota w tamtych czasach. Był to dla mnie szok. Rok później pojechałem do niego sam. Udostępnił mi skromne miejsce na pracownię. Malowałem, a on sprzedawał moje obrazy. Poczułem, że wreszcie jestem potrzebny z tym moim malowaniem.

IP: Czyli woda, morze, góry są zwieńczeniem?

KT: Tak. Kiedyś zapytałem kogoś, czy mieszka blisko morza i może polecić jakieś miejsce do wynajęcia. Odpowiedział, że w Norwegii zawsze się mieszka nad morzem. To przez fiordy… Morze zawsze było mi bliskie i zawsze lubiłem je malować. Kiedy byłem na południu Norwegii malowałem samo morze…

IP: I to są właśnie te dwa, trzy pociągnięcia pędzlem, które tworzą cały obraz. Czasem wystarczy pięć minut na uderzenie pędzlem… Ty jesteś artystą na takim już poziomie, że od razu wiesz, co robisz. Mimo że akwarela jest pewną przypadkowością…

KT: Trzeba umieć nad nią zapanować.

IP: … Im więcej się maluje, tym większą ma się świadomość tego, gdzie ucieknie farba, co się z niej może wydobyć, a czasami trzeba pozwalać jej krążyć samej.

KT: To jeszcze parę zdań o podróżowaniu, ponieważ sprowokowałaś mnie tym morzem (śmiech). Jadąc do Norwegii, musisz przejechać całą Europę. Wcześniej, kiedy nie byliśmy jeszcze w Unii, jeździliśmy przez Szwecję. To była żmudna droga, setki kilometrów monotonnej jazdy. Później zmieniły się czasy i mogłem już jeździć przez Niemcy, choć tam ciągle czepiali się mnie na granicy, ponieważ taki artysta wędrujący jak ja wozi ze sobą całą pracownię, natomiast celnik czy urzędnik nie wie, po co ja wiozę papier i farby, nie wie, skąd mam obrazy i zawsze musiałem tłumaczyć, że są mojego autorstwa. Gdy znaleźliśmy się w Unii, mogłem już wybrać inną trasę, szybszą i wygodniejszą, przez Polskę, Niemcy i Danię, do cypla i miasta Skagen. To chyba najpiękniejszy zakątek Europy. Znajdowała się tam kiedyś kolonia impresjonistów francuskich, duńskich i norweskich. Mieli tam do malowania najlepsze światło. Dotarł tam nawet Gauguin. Ja trafiłem tam również przypadkowo. Przez przyjaciela poznałem duńskiego rzeźbiarza, który pochodził właśnie ze Skagen. Zaprzyjaźniliśmy się i później, podczas podróży do Norwegii zawsze zatrzymywaliśmy się u niego na dzień, dwa i dopiero później, już promem, na drugą stronę Bałtyku. Nasz Bałtyk jest bardzo ubogi jeśli chodzi o linię brzegową. Ja zawsze ubolewam, że lodowiec musiał się zatrzymać po drugiej stronie i nie wepchał tego wszystkiego do nas, żebyśmy mieli dużo ciekawsze wybrzeże (śmiech). Natomiast skandynawskie wybrzeże mnie urzekło. Skagen mnie zafascynowało. Zatrzymałem się tam na dłużej, nawiązałem kontakty, poznałem właściciela galerii i tam malowałem, tam miałem wystawę. Mam całą serię rozległych plaż ze Skagen, tamtejszych klifów albo samego morza. Po drugiej stronie plaże również są płaskie i piaszczyste, a klify norweskie robią równie duże wrażenie. Także je maluję zanim wyruszę na północ, co zawsze było moim marzeniem – zobaczyć, co jest za kołem podbiegunowym. I znów przypadek – znajomy rozgłosił, że artysta z Polski poszukuje kontaktu, a w odpowiedzi zgłosił się ktoś znad Narwiku jeszcze, z Vesterålen, za Lofotami, i chętnie nas tam zaprosił. Udało się tam zorganizować moją wystawę, która, co ciekawe, miała otwarcie w tragicznym dniu – dniu masakry na wyspie Utøya dokonanej przez Andersa Breivika…

Ale spełniłem swoje marzenie. Zobaczyłem daleką północ Norwegii i co się tam znajduje… Ciągnący się przez Atlantyk 200-kilometrowy archipelag Lofotów. Gdy ktoś mnie prosi, żebym je opisał, mówię: wyobraź sobie nasze Tatry, pomnóż je przez pięć i wrzuć do morza…

Stopka strony

Muzeum Historyczne w Bielsku-Białej
adres ul. Wzgórze 16, 43-300 Bielsko-Biała
telefon kasa / zwiedzanie / przewodnik: 33 817 13 61
e-mail sekretariat@muzeum.bielsko.pl
strona www www.muzeum.bielsko.pl
Sekretariat czynny: 9:00 - 14:00

Prawa autorskie. W braku odmiennego zastrzeżenia, prawa autorskie do treści niniejszej strony internetowej posiada Muzeum Historyczne w Bielsku Białej. Żadne materiały, poza materiałami określonymi jako materiały do pobrania, znajdujące się na niniejszej stronie internetowej nie mogą być reprodukowane lub przesyłane w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnego zezwolenia jej Właściciela. Treści w materiałach do pobrania nie mogą być w żaden sposób modyfikowane bez pisemnej zgody Właściciela tej strony internetowej.

RODO

Zastrzeżenia prawne. Właścicielem i operatorem niniejszej strony internetowej jest Muzeum Historyczne w Bielsku – Białej z siedziba przy ulicy Wzgórze 16, 43-300 Bielsko - Biała. Publikowane na stronie internetowej informacje i cenniki nie stanowią oferty handlowej w rozumieniu art. 66 Kodeksu Cywilnego. Muzeum Historyczne w Bielsku – Białej dokłada wszelkich należytych starań w celu zapewnienia rzetelności prezentowanych informacji. Istnieje jednak zawsze ryzyko pojawienia się pewnych nieścisłości.