Anatol Martyniuk – Tuligłowy

Jan Wołek
ANATOL MARTYNIUK – MALARZ ROMANTYCZNY
Istotna grupa wśród moich kolegów malarzy to artyści pełni wiary w to, że ich dzieło jest całkowicie odrębne, oryginalne i historia sztuki nie zna przypadków pokrewnych. Wierzą albo chcą wierzyć, albo wierzą, że my im wierzymy. To wszystko jest dość naiwne, histeryczne i prawdopodobnie udają, że nie wiedzą. Bo nawet ci, których historia (ludzie) uznała za luminarzy gatunków nie wzięli się z desantu, nie spadli na Ziemię z ciemnych rubieży kosmosu, ale są spadkobiercami ogromnego bagażu tradycji i kultury, która ich wychowała i odsłania przed nimi wartości, które, czy im się to podoba, czy nie, ukształtowały ich. Twórczość więc jest dodawaniem swojego do cudzego, jest wzajemnym oddziaływaniem, podczepieniem się pod tradycję i próbą dodania do niej własnych linii papilarnych. Moc ludzkiej wrażliwości i wyobraźni nie jest nieograniczona, choćbyśmy nie wiem jak głośno i inteligentnie o niej mówili. Posiadamy ograniczoną liczbę zmysłów, a artysta nie jest kometą zbudowaną z pierwiastków obcych Ziemi. Uderzając w nią, nie wnosi tego, czego świat jeszcze nie widział. Jest jednym z grupy tych, którzy byli przed i będą po. Uświadomienie sobie tego smutnego faktu skutecznie reguluje psychikę.
Anatol Martyniuk ma psychikę uregulowaną. Najwyraźniej nie budzi go po nocach potrzeba dowiedzenia, że jego twórczość predestynuje go do uznania za artystycznego kosmitę. Jest dokładnie przeciwnie. Siedzi na Ziemi, kurczowo w nią wczepiony i jest ona jego nieustającą aspiracją i źródłem wszelkiej wiedzy, nawet, jak sądzę, tej tajemnej, której na imię sztuka. Z konsekwencją, a nawet, powiedziałbym, z dumą powtarza (choć nie powiela) to, co ukształtowało świat jego wyobraźni.

Nieźle (tak mi się zdaje) znam ukraińskie miasteczko, z którego pochodzi. Prowadziłem tam plener malarski. Krzemieniec na granicy Podola i Wołynia. To pozwala mi odnaleźć Anatola i jego wyobraźnię w nieco szerszym kontekście. „Wołyńskie Ateny”, miasto narodzin Juliusza Słowackiego, miasto Liceum Krzemienieckiego i jego twórców – Tadeusza Czackiego, Joachima Lelewela, Euzebiusza Słowackiego, Hugona Kołłątaja. Jak Kazimierz nad Wisłą, Krzemieniec to miasto otwarte, wielonarodowe, uduchowione i inspirujące.
W takim anturażu (plus Lwów, w którym Anatol studiowała sztukę i gdzie mieszka) szukać pewnie trzeba Anatola malarza. Niezwykle sprawnego warsztatowo. Niebywale dbałego o ten warsztat. Ale wolnego od celebry, namaszczenia, dłubaniny i wszelkiej innej malarskiej męki. Dobry warsztat to taki, który nie budzi wątpliwości i nie stawia oporu. W malarstwie Tolka dominuje lekkość. Ta lekkość, której nabywa się przez wieloletnie, codzienne malowanie. Rzecz jasna może to doprowadzić do pewnych malarskich aksjomatów, wybetonowanych ścieżek, prowadzących do sprawdzonych sukcesów merkantylnych. To jest niebezpieczne, szczególnie gdy w powielarności artysta próbuje dostrzec swój „styl”. Usprawiedliwia się. Anatol jest od tego wolny. Ciągle i z uporem wychodzi w plener, obserwuje, analizuje, odświeża paletę. Zarazem wybiera z natury to, co niezbędne dla jego własnego wizerunku świata, tego, co jest w zgodzie z jego wrażliwością.
Maluje po bożemu. Przedstawiająco. Prowadzi czystą grę. Pozwala odbiorcy na nieustające sprawdzam. Nie kokietuje umiejętnościami. Daje szansę zrozumieć i zbliżyć się w obrazach nie tylko do wartości estetycznych, ale nadestetycznych – gdzie estetyka i etyka przenikają się – do których podprowadza widza przedstawianie w obszarze realizmu. Nie jest to jednak realizm rozumiany dosłownie. Żadne jeden do jeden. Może w rysunku tak, ale w kolorze szaleństwo. Bardzo odważnie wprowadza kolor dojmujący, uchodzący za „mniejszość”, która w przyrodzie prawie nie występuje, ale jest to widoczne tylko przy szczegółowej analizie. W kontekście staje się to zdumiewająco niewidoczne. Odpowiada zamiarowi, ale droga do efektu jest kompletnie różna. Jego kolor nie miesza się na palecie, ale bezpośrednio na płótnie. Kompozycja barwna dominuje nad walorową.

Częstym przedmiotem przedstawienia jest architektura. Zawsze jednak uwikłana w przyrodę. Jakby stanowiły dla siebie kontrapunkt. Rozum natury i rozum człowieka. Wrażliwość natury i wrażliwość człowieka. To dopełnienie wzajemne ma w sobie jakiś wątek humanizmu, który nie pozwala nam zapomnieć, skąd się wzięliśmy. Że nie jesteśmy ludźmi miejskimi i wiejskimi, ale są w nas oba te wątki. Jest też uwikłana owa architektura w szerzej ujętą urodę. Jakby kosmiczną. Anatol lubi osadzać ją w świetle pięknym i groźnym, wieloznacznym, z których wróżono ongiś rychłe nadejście kataklizmów, albo dosmaczyć rozgwieżdżonymi niebami z nadwymiarowym księżycem. Wziąwszy pod uwagę, że są to budowle historyczne, „gadające mury” bliskie sercu Anatola, ogólny obraz nabiera cech tajemniczości, zaszłości, westchnienia za minionym, romantyzmu.

No właśnie, ten Tolka romantyzm. To mi nie daje spokoju. Najpewniej wyniesiony z Krzemieńca. Jakby ugrzązł w tym romantyzmie jedną nogą. Kiedy w pejzaż wprowadza sztafaż albo wiodąca postać ludzką, nigdy nie ma to znamion teraźniejszości. Jego piękne dziewczyny to nimfy, syreny, duchy leśnych ostępów odziane w historyczne albo ludowe stroje. Efemeryczne i zwiewne. Żywcem wyjęte z poezji romantyków. We mgle, poświacie, mroku. Doskonałe i tajemnicze. Budzące zachwyt, lęk, ciekawość. To wszystko, co wydobywał z nas romantyzm. Przy świecy w ciemności zabobonu i drżenia. Ta wszechobecna romantyczna pajęczyna, to dominanta w malarstwie Anatola. Symbol i alegoria. Ta jego ikonografia, te wszystkie panny dziewanny, świetliki, iskierki, zmierzchy zapowiadające noc pełną tajemnic, to jest właśnie poetyka Anatola. I nie jest to z pewnością kuszenie klienteli. To jest właśnie Anatol.
